RSS
 

Mogę tu zostać i pisać o życiu…

06 lut


…albo wyjechać i przeżywać własne.

 

No i wyjechałam. Nie wiem na ile, czego się spodziewać, gdzie właściwie będę mieszkać i co robić. Ale czuję, że będę stać w miejscu, jeśli niczego nie zmienię. Chcę zobaczyć, czy potrafię zacząć od zera zupełnie gdzieś indziej. Krok po kroku budować życie w innym państwie. Samej sobie coś udownodnić. Stąd ta decyzja. Warto próbować. Przecież zawsze mogę wrócić…

Tak bardzo dziękuję za wsparcie. „Ty wiesz…”

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

168 godzin szczęścia. i kalorii.

04 lut

 

Ja mam wiarę, Ty masz szybki wóz
we dwoje łatwiej będzie nam.
Zostawmy to i uciekajmy stąd
póki mamy jeszcze czas…

 

W poniedziałek musiałam się przywitać. Musiałam dotknąć. Zobaczyć OCZY. We wtorek przyjść i powiedzieć, że za kilka dni znów mnie tu nie będzie. Serce mi pękało jak nigdy. W środę była szarlotka i sernik. Pół na pół. A w czwartek była Wuzetka. Zjedzona w 4 minuty. Naprawdę, wuzetka dla mnie… Parę godzin później był też szampan i chrzciny. A imię jej niechaj będzie Czerwona Strzała, a na drugie niechaj ma Lady in Red. W piątek można było sobie jeszcze pomachać z balkonu, bo czemu nie? W sobotę nie mogłam wyjść ze zdumienia ile można zrobić, by pośmigać na nartach. Zdjęcie też było. I wszystko tak, jak trzeba. W niedzielę natomiast… ehhh. W niedzielę była wycieczka i pizza i tiramisu i zdjęcia i rozmowy. I zatrzymanie na zielonym świetle też było. A w poniedziałek dnia następnego było niespodziewajkowe pożegnanie i takie mocne wzruszenie i… ostatni raz wszystko było tak, jak trzeba. Później już nigdy nie było.

 

Naprawdę zjadłam tyle ciasta w tym tygodniu?

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Na drugie mam Włóczykij.

29 sty


Żeby liczyć na wygraną w przyszłości,

trzeba zaryzykować to, co los dał nam dziś.

 

W ciągu ostatnich dwóch tygodni mieszkałam w czterech różnych miejscach. Mam dość tachania tego ogromnego plecaka przez cały Sztokholm, chcę wreszcie gdzieś spocząć! Najpierw zatrzymałam się u Kristiny, która bez niczego dała mi klucze do swojego pięknego mieszkania w centrum miasta i ani razu nie skontrolowała, czy przypadkiem jej nie okradłam. Każdego dnia dzwoniła natomiast zapytać, co chciałabym zjeść. Pięć dni spędzonych u niej były jedną z najlepszych lekcji szwedzkiego, historii i kultury razem wziętych. Kristina była osobą dość skromną, skrytą i raczej nie opowiadała czym trudni się w życiu. Dopiero później dowiedziałam się, że zasiada w zarządzie Kościoła Szwedzkiego, publikuje książki na temat migracji ludności i jest tłumaczką NATO. W wolnych chwilach wyjeżdża na misje humanitarne do Afryki. W sam raz.

Kolejna ‚ofiarą’, u której miałam zaklepane darmowe noclegi, był Mats. Ciągle żałuję, że w ogóle do niego pojechałam, żałuję nawet, że to jeszcze pamiętam. Żałuję, że nigdy tego nie zapomnę. Nie mam nic do człowieka, ale jego styl życia jest oddalony od mojego o długość równika. Conajmniej. Bo wyobraźcie sobie jeden wielki śmietnik, pośród którego stoją meble, rowery, sprzęty muzyczne i klatki z królikami i świnkami morskimi. Ubrania zawieszone nawet na lampie. Do łóżka trzeba się dokopać. Istny chlew. Sodoma i Gomora czułyby się obrażone. A w środku tego wszystkiego ja i mój plecak. Od razu chciałam stamtąd uciekać, ale była już noc, a do hotelów daleko. Zostałam więc na noc, śpiąc we własnej pościeli i nie dotykając niczego. Wygooglowałam sobie Matsa, u którego się znalazłam – wykładowca historii na Uniwersytecie w Uppsali i Sztokholmie, pisarz, dziennikarz najpoczytniejszego dziennika szwedzkiego, członek komisji przydzielającej nagrody literackie imienia kogośtam. No, w sam raz. Następnego ranka uciekłam do hostelu, gdzie dopiero trzeci prysznic zmył ze mnie doświadczenie tamtej nocy.

Ostatnie pięć dni spędziłam w moim drugim miejscu na ziemi, czyli w mieszkaniu Jonasa. Tam mi najlepiej, tam pragnę zostać. Było ciepło, czysto, przytulnie, było jedzenie, a pod łóżkiem nie ganiały mi żadne gryzonie.

 

Pracy nie znalazłam, ale mam jeszcze czas, nie?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kiedy, jeśli nie teraz?

11 sty


Prawdziwa dorosłość 

oznacza rozważenie ryzyka
dużo wcześniej niż nagrody…

 

…więc nie wiem, czy jestem już tak w pełni dorosła. Ale zaryzykuję. Szwecja nie leży przecież na końcu świata, a moi rodzice powiedzieli, że jakby coś, to zawsze mogę do nich wrócić. Tacy są mili! ;D 

Załatwiam sobie właśnie darmowe noclegi, dopinam ostatnie sprawy, pakuję plecak i lecę do Sztokholmu. Jeśli teraz nie ruszę z miejsca, to nigdy tego nie zrobię. Będzie co ma być. Jak mnie tam nie zechcą, to sami będą tego żałować. Ja natomiast zawsze mogę powiedzieć, że przecież poleciałam tam w celach turystycznych (czemu by nie zobaczyć miasta sześćdziesiąty raz?), a nie za chlebem. Nie?

 

To trzymajcie kciuki przez najbliższe dwa tygodnie. ; )

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Z reguły się nie chwalę, ale dziś się pokuszę :D

07 sty

 

Dostałam w prezencie koszulkę z podpisami Reprezentacji Polski w piłce ręcznej mężczyzn.
Z dedykacją dla Joasi. :D I z ręcznie namalowanymi flagami Polski i Węgier <3.

WY TAKIEJ NIE MACIE.

 

Takiego mieć Przyjaciela! Tyle wygrać! :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Uśmiech śmierci w ‚Mieście Żywiołów’.

02 sty

 

Sylwester? Już mówię.

S. i G. zrobili imprezę na mieszkaniu w Krakowie. Wróć. To G. ją zorganizował, a S., z racji tego, że jest jego współlokatorem, został na nią zaproszony. Ze mną. Wszyscy chyba znają już mój stosunek do sylwestrowania i wiedzą, że tego dnia najchętniej zniknęłabym z powierzchni ziemi i nie oglądała żadnego człowieka. No ale tym razem się nie udało. Tym razem byli ludzie.

Posiedzieliśmy na mieszkaniu do 23, a później wyruszyliśmy na Rynek. Bo czemu by nie iść gdzieś, gdzie nie ma miejsca wcisnąć szpilki już od kilku godzin. Na pewno się zmieścimy! Nie pytajcie czyj to był pomysł, ale na pewno nie mój. Dotarliśmy na miejsce i zaczęła się masakra wieczoru. Znaleźliśmy się w tłumie pijanych ludzi, którzy napierali bocznymi uliczkami na Rynek. Z Rynku natomiast nacierała na nas masa ludzi nie mieszczących się przed sceną główną. Jedym słowem chaos i zagubienie. Wszyscyśmy się rozłączyli i nikt nikogo nie mógł znaleźć. Mnie oczywiście przydzielono do niesienia szampany, których pilnowałam jak wilczyca, zamiast po prostu wyrzucić. Ale nie, dla dobra grupy lepiej wcisnąć sobie te butelki pod żebra ; ). Gdy tłum wyrzucił mnie w boczną uliczkę niczym maszynka wyrzuca zmielone mięso – zauważyłam G. i jedną z koleżanek. Później znalazł się też S. Resztę grupy wchłonął ten ludzi kołowrotek i tak między nami – nadal nie wiemy co się z nimi stało…

Z godziny 00:00 pamiętam tylko ludzi rzucających w siebie odpalonymi petardami, wymiotujących na potęgę gdzie popadnie, trzaskające butelki i mój przeraźliwy płacz w kącie kamiennicy. Płacz do telefonu, bo przecież pragnęłam, żeby ktoś mnie stamtąd zabrał… NIGDY SIĘ TAK NIE BAŁAM O SWOJE ŻYCIE. 

Poranne wiadomości donosiły „Sylwester w Krakowie przebiegł w tym roku niezwykle spokojnie. Nie odnotowano żadnych incydentów z udziałem pijanych osób, a na Rynku wszyscy bawili się w szampańskich nastrojach. Impreza zakończyła się bez ofiar w ludziach.” Seriously..? Ja osobiście uważam się za największą ofiarę tej całej nocy (i losu w ogóle). 

Jakie szczęście, że w tym roku to ja decyduję gdzie i z kim spędzamy następnego Sylwestra. -.-

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Idź sobie już, 2013!

31 gru

Wśród wielu godzin niepowodzeń
zawsze znajdzie się minuta szczęścia.

 
Jeśli kiedyś jednak będę miała dziecko, to będzie to bardzo sprytne dziecko. A przynajmniej na tyle łebskie, że znajdzie tego bloga bez niczyjej pomocy. Daj Bóg, żeby umiało czytać, bo nie wiem, czy będę miała siłę opowiedzieć mu całe moje życie. Domyślam się, że po przeczytaniu wpisów z tego roku podbiegnie do mnie
i powie „mamo, dziwie ci się, że nie dawałaś sobie w żyłę w 2013!”

Istotnie, ten rok jest w czołówce najbardziej pechowych. Od lutego zmagałam się z nieustanną niepewnością, zazdrością i nieufnością. Moje poczucie własnej wartości leżało na dnie i ciągnęło muł. Później nadszedł marzec i odejście z pracy. W kwietniu doznałam nieszczęsnej kontuzji kolana, która właściwie zadecydowała o tym, jak wyglądała reszta tego roku. W maju zakolegowałam się z K., który z czasem stał się moim najlepszym przyjacielem. W czerwcu były pogrzeby i kolejne kontuzje kolana. I okazało się też, że nie jestem na tyle zorganizowana, żeby ukończyć studia o czasie. A ja nie lubię być spóźniona. Wakacje w Sztokholmie były akurat fajne, choć napiętnowane myślą, że  t r z e b a  p i s a ć  p r a c ę. Obroniłam się po dwóch miesiącach wyczekiwania na ten sądny dzień. Listopad i grudzień spędziłam na daremnych próbach znalezienia pracy powiązanej z moim wykształceniem albo zainteresowaniami. Albo źle szukałam. Albo po prostu nie chciałam jej dostać… 

2014 będzie lepszy. Musi być. Nawet jeśli tylko sobie to wmówię. Ale ta właśnie myśl trzyma mnie jeszcze w kupie i sprawia, że tak bardzo chcę dożyć przyszłego roku. Już najwyższy czas wyjść do świata z tej klatki niepowodzeń, nie?

 

Są takie Perełki wśród bliskich mi osób, którym szczególnie dziękuję za wsparcie i dobre słowo w tym roku ;*

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dzwonią dzwonki…

26 gru

I’m giving you a nightcall
to tell you how I feel… 

 

Tegoroczne Święta sponsoruje Play.

Nigdy tyle czasu nie spędziłam na telefonie.
Nigdy nikomu nie chciałam się tak wygadać… 
Nigdy nikomu nie czułam się tak bardzo potrzebna jak teraz.  

 

Umrę. Jeśli któregoś dnia nie będę mogła tak po prostu chwycić za słuchawkę… 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

…bo najważniejsze to umieć się zaprezentować.

23 gru

 

Do mojej wczorajszej notki o modłach na Jasnej Górze nie dodałam, że zaraz po powrocie z Częstochowy trafiłam na osiemnastkę Pawła, brata S. Seriously, nadal się zastanawiam jak dałam radę. Było już po 22, a ja byłam niemiłosiernie zmęczona i do tego lekko wstawiona po różowym ElSolu wypitym w autokarze ;D. Z tym ostatnim oczywiście nie było problemu, bo jak dotarłam na imprezę, to wszyscy siedzieli lub leżeli już w zaawansowanym stanie upojenia. Przestałam się też przejmować, że zdążyłam w domu umyć tylko grzywkę, a reszta włosów żyła własnym życiem. Tego, że założyłam dwie różne podkolanówki też nikt nie zauważył. Łącznie ze mną. 

Ale ale! Osiemnastka? Powaaażnie? Ja już zapomniałam jak się rozmawia z młodzieżą! Na szczęście alkohol connecting people i… już po kilku głębszych zniknęła chronologiczna różnica wieku ;D Po biesiadowaniu przy stole padła propozycja, żeby iść na bilard do pobliskiego baru. Ja oczywiście nie idę, bo nie mam siły. Ja idę spać. Siadłam sobie zatem na kanapie w pokoju, gdzie siedzieli dorośli i rodzina i przyjaciele rodziców jubilata i tam po cichutku wegetowałam słuchając powojennych opowieści. Nagle siostra Pawła weszła do pokoju i zapytała, czy idę z nimi. „Tak, mogę iść, muszę tylko przebrać skarpetki!” Wykrzyczałam(!) machając moimi różnokolorowymi stopami przed nosem wszystkich zgromadzonych. Dosłownie. :lol:
No czy można się bardziej zbłaźnić?
Można. 

Wychodziliśmy już do tego baru, a mama S. pyta:
- Asia, ty jesteś tak lekko ubrana, nie będzie ci zimno?
- Nie, proszę pani! Mam akurat okres, jest mi gorąco!

Tatę S. poprosiłam natomiast, żeby pilnował mi torebki, bo słyszłam, że u nich w mieszkaniu wszystko ginie. Albo po prostu ktoś kradnie. Po powrocie z baru położyłam się na łóżku, zarzuciłam nogi na ścianę i zaczęłam mu opowiadać (względnie bełkotać) o odsłonięciu obrazu Matki Boskiej. Byłam przecież w Częstochowie jeszcze kilka godzin temu! Nalegałam nawet, żeby zobaczył filmik. Słodki Jezu, tak się zrobić na oczach przyszłych teściów to mało kto potrafi ;D . 

 

Zasypiałam z uśmiechem na ustach. Someone fell in love with me, kurde! ; )))))

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Serca były czyste, a intencje najszczersze.

22 gru


Nikt nie ma większej miłości od tej,

gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.

 

Z wiarą ostatnio u mnie na bakier. Daleko mi do przykładnej i praktykującej katoliczki. A dużo chciałabym w tym temacie zmienić i wrócić do mojego duchowego stanu sprzed kilkunastu miesięcy. Bo jestem przecież       d o b r y m  c z ł o w i e k i e m. Tylko trochę zagubionym…

By doznać duchowego oczyszczenia, wymodlić się za wszystkie czasy, wypisać litanię intencji i wreszcie klęknąć przed Świętym Obrazem wybraliśmy się na Jasną Górę. Ja i mój Krzyż. Wycieczka jak najbardziej spontaniczna, bo planowana od tygodni ;D Z plecakami, termosami, kanapkami no i kompletem odzieży termoaktywnej wsiedliśmy do pekaesu przejeżdżającego przez moją wioskę. Ja i mój Krzyż. Bo każdy dźwiga swój. Nikt nas oczywiście nie widział w ciągu tych dziesięciu minut kiedy staliśmy na przystanku… Co takiego ważnego mają do załatwienia ludzie o ósmej rano w sobotę? 

Dojechaliśmy. Ja i mój Krzyż. Nie obeszło się oczywiście bez braku miejsc siedzących, przesiadkowych przygód do zimnego autokaru i dziwnych współpasażerów, no ale chciało się ujrzeć Matkę Boską, to trzeba było trochę pocierpieć ; ) Pierwszym celem było oczywiście miejsce, które każdy szanujący się katolik musi odwiedzić po przyjeździe do Częstochowy, czyli… McDonald’s. I właśnie przez ponad godzinną wizytę tam nie zdążyliśmy na mszę, na którą przejechaliśmy taki kawał kraju. Brawo!

W Kaplicy czekała na nas jednak miła niespodzianka – otóż ktoś wybrał sobie tę właśnie sobotę na dzień swojego ślubu i odprawiono dodatkową mszę, za co serdeczne Bóg zapłać zarówno O. Paulinom jak i Młodej Parze : ). Po ponad dwóch godzinach modlitw i wypisywania intencji udaliśmy się na ostatni tego dnia bus powrotny, zahaczając jeszcze o monopolowy ; )

Droga powrotna na tyłach autokaru jest momentem w moim życiu, którego nigdy nie zapomnę i usłyszanych tam słów nigdy nie wyrzucę z głowy i wypowiedzianych przeze mnie zdań także nigdy się nie wyprę. Gesty będę pamiętać jak długo będę żyć. Było dokładnie tak, jak to powinno wyglądać. Tylko czemu w moim życiu nie wygląda..? : (

 

A z życia Częstochowy? Chleb jest tam tani jak barszcz, a mieszkańcy nie umieją robić zdjęć ; P

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS