RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2012

200!

30 gru

 

Kokpit mojego bloga informuje mnie, że dobijam właśnie do dwusetnej notki. Ilość dupy nie urywa, zwłaszcza że blog prowadzę od marca 2010, no ale przecież nie można codziennie spamować o pogodzie, polityce albo zapachowych tamponach. Nie? Swoją drogą ciekawe, jak będzie wyglądać moje życie za kolejne dwieście.
Nie przewiduję szału, szczególnie w kwestii relacji międzyludzkich. Jestem przecież asocjalna (patrz obrazek 1.):

http://kwejk.pl/obrazek/765092/wagi-sa-trudne-w-kontaktach.html
.

 

A w kontekście czekania polecam odsłuchać linku poniżej. Mnie już nawet zaśpiewano :D

 

Pogrzeby? Na każdym kolejnym obiecuję sobie, że to już ostatni, że nikt więcej nie ma prawa umrzeć, bo śmierć to nie pretekst do spotkań z rodziną, pogrzeb to nie bifor, a stypa nie wesele. I choćbym stała jak głaz podczas mszy, niewzruszona, z myślami w słoiku z musztardą, to jak zaczną śpiewać Anielski orszak, ja już jestem miękka. Później jestem miękka jeszcze bardziej po: z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Koniec, mówię!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Momenty.

28 gru

Każdy z nas ma takie wspomnienia,
które trzyma tylko w sercu, bo wie,
jaką cenę musiał za nie zapłacić.

 

Zastanawiam się czasami jak osoby, które przeżyły w swoim życiu katastrofę ogromnych rozmiarów, radzą sobie ze wspomnieniami z tego wydarzenia. Podobnie ci, którzy swoimi czynami zapisali się na kartach historii jako „wielcy” pośród zwykłych szarych ludzi. Do refleksji skłoniły mnie przypadające na ten rok rocznice katastrof albo śmierć tych właśnie wybitnych jednostek. No i czarny humor koleżanek z pracy : P

Weźmy na przykład ofiary Titanica. Ci, którzy przeżyli, a stracili bliskich na Oceanie, pewnie jeszcze długo po tragedii nie weszli do wanny, o statku nie mówiąc. Resztę życia mieli wypełnioną wywiadami, spotkaniami z ziomkami z kajuty, dorocznymi zjazdami, na których każdą opowieść zaczynali od „ej, a pamiętasz jak przez statek biegły szczury?” albo „szkoda, że nie wzięliśmy do szalupy termosu z herbatą”. A przynajmniej tak podpowiada mi wyobraźnia.

Pod ostrzał wzięłam też (moim zdaniem) top katastrofę lotniczą ever, mianowicie dramat w Andach w 1972. Drużyna rugbistów z Urugwaju leciała wtedy na mecz do Chile. W piątek, 13. października  (niektórzy dopatrują się tu spisku numerologicznego) samolot rozbił się w Andach, cudem pozostawiając przy życiu 16 osób. Dla większości z nich nie był to jednak cud, a początek największego koszmaru życia: siedzieli we wraku samolotu wysoko w górach 72 dni, podczas których przechodzili załamania nerwowe, dopuścili się kanibalizmu, aż wreszcie podjęli decyzję o wyruszeniu przez Andy w celu sprowadzenia pomocy. O zdarzeniu nakręcono film fabularny, ale mnie najbardziej uderza ten dokumentalny 

Polecam. Bardzo.

Myślałam sobie też wielokrotnie o Neilu Armstrongu, kóremu zmarło się kilka miesięcy temu, a który przed swoją śmiercią zdążył być… na Księżycu. I co? Jak wyglądało jego życie po tym zdarzeniu? Myślicie, że wrócił z kosmosu i tak po prostu zjadł zupę? Hmm.. w każdym razie na pewno był nie do pobicia w grze
pt. „Gdzie najdalej byłeś?” ; )

Zastanawiałam się, czy tym wszystkim ludziom udało się choć na chwilę zapomnieć o tym, co wydarzyło się w ich życiu. Czy samo otoczenie im na to pozwoliło. Czy każdego dnia budzili się z myślą „byłam na Titanicu”, „przeszedłem Andy w ręcznie zrobionych butach”, „chodziłem po Księżycu”. Nie wiem jak im, ale mnie takie myśli krążyłyby po głowie każdego dnia, nie uwolniłabym się od nich i na pewno po jakimś czasie bym zwariowała. Przecież ja do dziś, gdy tylko zamknę oczy, widzę (a nawet czuję!) że jestem na karuzeli o wdzięcznej nazwie Insane w sztokholmskim parku rozrywki, przerwacam się spocona z boku na bok i krzyczę sama do siebie „co cię podkusiło, idoitko?” A co dopiero taki accident na skalę światową!

Życzę sobie jednak nudnego życia.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Facetom w głowach się przewraca.

24 gru

 

Bywa nieraz, że stajemy w obliczu prawd,
dla których brakuje słów.
JPII

 

Nie dalej jak pięć dni temu biegałam od obuwniczego do obuwniczego w szaleńczym poszukiwaniu butów zimowych po przecenie. Akurat gdy przymierzałam brązowe kozaczki, do sklepu wszedł ubrany na burżuja Krakus w podeszłym wieku. Chwycił czarne balerinki, podbiegł do sprzedawczyń i oto co żeśmy wszystkie usłyszały: dzień dobry szanownym pięknościom! Już z chodnika zauważyłem ten bucik i pomyślałem, że wejdę, zapytam o rozmiar 38. Proszę mi sprawdzić, czy byłby takowy, bo myślę sobie, że zrobię mojej byłej żonie prezent pod choinkę. Nooo, na pewno by jej się spodobał, zawsze takie nosiła, w przeciwieństwie do mojej obecnej… Milczałam jak grób.

Wczoraj natomiast poszłam do sklepu z bielizną. Już w progu zobaczyłam, że osobą w kolejce przede mną jest mężczyna. A jak wiadomo – mężczyzna w sklepie z bielizną jest jak niewidoma kobieta na tagrach tranzystorów, albo jak ja w mojej pracy, czyli „albo mi pomożesz, albo wyjdę stąd wieczorem”. Ustawiłam się grzecznie w kolejce i oto co nastąpiło: dzień dobry. Ja… ja szukam bielizny… wie pani. Dla kobiety. Erotycznej… Tzn bielizna ma być erotyczna. Taka może jakaś atłasowa, czerwona, z koronkami. Będzie taka? Nie znam rozmiaru, ale (rozgląda się)… O! tak jak na tą panią (wskazuje na mnie). Milczałam jak grób. Ekspedientka od razu podała rozmiar M. :D Klient miał na palcu obrączkę, która aż rąbała po oczach, więc pani powiedziała, że istnieje możliwość zwrotu po śwętach, gdyby jednak rozmiar żonie nie pasował albo w ogóle jej się bielizna nie podobała. Na co mężczyzna zmieszał się, zaczerwienił do granic możliwości i wyszeptał: nie… to nie dla żony. What the hell is wrong with you, people? Is one woman not enough?

Następny był mój tata (na szczęście nie z romansem), który w tym roku przeszedł samego siebie w kwestii choinki. Przytargał wczoraj drzewko o wysokości 160 cm. Pierwszy raz w życiu, a żyję już trochę, jestem wyższa od choinki. Myślałam, że tę postawimy na telewizorze, a w pokoju pierdzielniemy jakąś wiekszą, skoro sam salon liczy 35m2… Ale nie. Mamy liliputa. Miejmy nadzieję, że Święta nie będą równie ubogie.

Dzisiaj natomiast wygrał mój starszy(!) brat. O godzinie 14:00 podszedł do mnie i po pięciu miesiącach przemówił: Ej, a my będziemy kupować jakieś prezenty dla rodziców? Na Święta, pod choinkę..? Bo nie wiem, czy mam się na coś składać. Przypomnę tylko: Wigilia, godzina 14. On nie wie, czy będziemy coś kupować. Krzyczę w duchu, milczę na zewnątrz.

No i jeszcze top przypadek sprzed kilku dni, ale to już nie wiem, czy mam podpiąć pod okres świąteczny, pod działanie alkoholu, czy w ogóle mam to pod coś podpinać. Jesteśmy sobie ze znajomymi na piwie w knajpie i znajomi przyprowadzili znajomych, a ci kolejnych i tak oto było nas ze sto. Gdy zbliżał się czas opuszczenia lokalu, podszedł do mnie pewien chłopak, którego znam tylko z widzenia, i tak potoczyła się nasza rozmowa: Słuchaj, ja wiem, że obecnie jesteś zajęta, więc nie chcę ci zawracać głowy, ale wiedz, że jak coś, to ja na ciebie zaczekam. Tak długo, jak będzie trzeba. Na co ja: nie no, spoko, nie zawracasz głowy, aż taka zajęta nie jestem – piwo sobie piję. A z tym czekaniem to też nie trzeba, ja nocny mam za pół godziny, ale dzięki!
I dopiero później dziewczyny mi wytłumaczyły, że jemu to chyba nie o takie czekanie chodziło… Taaak, są momenty, gdy jestem błyskotliwa jak karetka na sygnale.

 

Trudno mi znaleźć słowa na to wszystko.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

355. dzień roku

20 gru

 

…był zimny i stresujący. Bardzo.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

‚Wyglądasz jak stoczniowiec’

18 gru

 

I got my red dress on tonight
Dancing in the dark in the pale moonlight
Done my hair up real big beauty queen style
High heels off, I’m feeling alive…

 

 

Z sobotniej imprezy firmowej – ku przestrodze:

- zawsze zabieraj buty na zmianę, a jeśli masz możliwość, to nawet dwie pary.

– nigdy nie zbieraj rozbitego szkła gołymi rączkami.
– nie nanoś mydła bezpośrednio na krwawiące rany cięte.
– uważaj na ilość alkoholu, jaką w siebie wlewasz, gdy wiesz, że czeka cię jeszcze taniec z szefem.
– w ogóle uważaj na ilość alkoholu. bez względu na to, z kim masz tańczyć. i czy w ogóle jesteś w stanie to robić.
– uważaj na siebie, gdy jesteś w butach na obcasach.

– o szkle już pisałam, ale warto przypomnieć.

- zabieraj ze sobą apteczkę.

– nie wychodź w ostatniej chwili na autobus nocny, gdy widzisz, że masz spowolnione ruchy. powiem od razu: nie zdążysz.
– nie dawaj kolegom z pracy swojego adresu. nigdy.
– nie śpij w nocnym. chyba, że jadą z tobą koledzy, bo podałaś im już swój adres.

 

 

P.S. Nasi Finowie nie rozumieją polskiego. Generalnie. Nie zrozumieją, gdy człowiek będzie na nich psioczył w naszym języku, gdy wyzna im miłość, gdy będzie krwawił i prosił ich o plaster, bandaż, czy inne sztuczne oddychanie. Nie. Dokładnie zrozumieją natomiast polskie: wyglądasz jak stoczniowiec w odpowiedzi na ich pytanie „how do I look?” Tak. I to podobno nie jest nic dziwnego.

 


 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rzeź minut, masakra sekund.

14 gru

Człowieka, kto­ry pat­rzy w oczy dziec­ka,
uderza prze­de wszys­tkim ich niewin­ność:
owa przej­mu­jaca niez­dolność do kłam­stwa,
do zakłada­nia mas­ki, czy chęci by­cia kimś in­nym, niż jest.

 

Wzmożone kontrole, apele, zakazy, sesje u psychiatrów, środki zapobiegawcze. Na nic. Raz na pół roku i tak znajdzie się jakiś psychol, który wejdzie między ludzi i zacznie strzelać. Najcześciej do Bogu ducha winnych dzieci, albo widzów w salach kinowych. Taka Ameryka.

Państwo pozwalając na powszechny dostęp do broni palnej obdarza swoich obywateli kredytem zaufania, że będą jej używać jedynie w celu saoobrony. W Polsce nikt nikogo nie obdarza takim kredytem i pewnie dlatego nie słyszeliśmy jeszcze o masakrze w Ciechocinku, rozstrzelaniu członkiń Koła Gospodyń Wiejskich, albo bedących w okresie dojrzewania siatkarek na SKSie. My mamy na razie tylko wdarcia do biur poselskich, albo przygotowywanie przez wykładowcę Politechniki zamachu bobmowego na Rząd.

Sprawcy najczęściej popełniają samobójstwo zaraz po swym paskundym czynie, albo zostają wsadzeni za kratki, a wtedy okazuje się, że dokumenty regulujące prawo w państwie w ogóle nie przewidziały takiego przypadku i nikt nie wie, jakie wprowadzić postępowanie wobec winnego. Skazany żyje sobie w tym czasie w przytulnej celi, pisze książkę i narzeka, że internet w jego laptopie jakoś wolno chodzi. Kilka miesiący później jakiś reżyser wykupuje prawo do zrobienia filmu o psychopacie, zaczynają się zdjęcia, wreszcie premiera. Ludzie biegną stadami do kina, by to obejrzeć (przy odrobinie szczęścia wychodzą żywi z seansu) i wszyscy (nie wyłączając skazanego) trzepią na tym interesie grubą kasiorę.

 

Z ciężkim sercem przyznaję, że Bóg chyba dziś zaspał na lekcje w Newtown…

Jak żyć?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Będąc po dorosłej stronie życia.

10 gru

Joanna, stop freaking out!
- your boss.

 

Marzy mi się ogórkowa i łazanki. Od tego zacznę, bo zawsze o tej porze mam kulinarne fantazje. Myślę sobie, co bym zjadła, gdybym była w domu. Po chwili jednak uświadamiam sobie, że nawet jak będę w domu, to nie zjem nic z długo wyczekiwanych przysmaków. Mam odgórnego bana na lodówkę, więc jem to, co sama wyhoduję. Obecnie – korzonki. To będą zajebiste Święta^^

Kalam się, że nie wspomniałam jeszcze wiernym czytelnikom mojego bloga (w liczbie 6), że od trzech tygodni pracuję. Nie nad sobą, bo to przychodzi mi z trudem, ale pracuję w ogóle. Tak, jakbym już była trochę dorosła. W swoim życiu imałam się różnych zajęć, ale to jest totalnym kosmosem. Tzn. program, na którym pracuję jest jak kosmos, tylko trochę gorzej. Open space to taka jakby puszcza amazońska, do której wybrałam się z drewnianą łyżką, czyli ani się nie obronię, ani nie popełnię samobójstwa, no bo jak? W pracy jestem odpowiedzialna za to, co ludziom zostanie dostarczone. Oczywiście po uprzednim złożeniu przez nich zamówienia. Zatem interpretowanie zamówień, to moja praca. Zajmuję się też zwrotami, czyli rezultatem spierdolenia przeze mnie pierwszej części mojej pracy. Bo jak wyślę klientowi nie to, co chciał, albo wyślę inną ilość, niż sobie życzył, to muszę przedzierać sie przez miliony kilobajtów stron internetowych i odkręcać sprawę. Najlepiej w tajemnicy przed szefem. Obviously.

A z takich pracowniczych wpadek… to może historia z mega zamówieniem, do której przyznałam się już chyba wszystkim. Jedna z większych firm szwedzkich złożyła zamówienie na transformatory. Jednak na zamówienia Szwedów trzeba brać poprawki, o czym wcześniej nie wiedziałam. Albowiem jak na zamówieniu od Skandynawa stoi „8000,00 transformatorów”, to znaczy, że życzy on ich sobie 8 (osiem). Tak. Gdy wytłumaczono mi jak karygodnego błędu się dopuściłam, to wyobraziłam sobie jak szefostwo łechta mi szyję toporem. Zaczęłam odkręcać sprawę. Po dwóch dniach napisałam maila do nieszczęśliwca, któremu przyszło zamawiać u mnie: „Dzień dobry. Mam dwie wiadomości: dobrą i złą. Zacznę od złej: w wyniku straszniej pomyłki zostało do Pana wysłanych 55 transformatorów. Wiem, że to o 47 więcej, niż Pan sobie życzył. Jednocześnie ubolewam, że nie ma możliwości zwrotu towaru. Dobra wiadomość jest taka, że udało się cofnąć dostawę 7945 transformatorów, których też oczywiście Pan nie zamawiał. Pozdrawiam serdecznie i polecam się na przyszłość. JK”

Dziwne, naprawdę dziwne, że pozwalają mi tam jeszcze pracować. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Jest jeszcze wieeele innych mistejków, do których wstyd się przyznać, ale przecież jestem tylko człowiekiem. I nie moja wina, że nie umiem myśleć tak szybko, jak inni. Wiem jedno: trzeba się liczyć z konsekwencjami swoich czynów, bo to już nie jest piaskownica…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wszystko naraz.

08 gru

 

 

Nawet nie wiem, od czego bym zaczęła, gdybym miała czas.


 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Notka o końcu świata.

04 gru

Koniec świata?
Mam swój prywatny przynajmniej raz w miesiącu.

 

Wczoraj dowiedziałam się od Ani, że na grudzień bieżącego roku zapowiedziano koniec świata (!). Wczoraj.
A podobno trąbią o tym co najmniej od roku. Tak bowiem przewiduje kalendarz Majów, przepowiednie Nostradamusów i wróżbita Maciej. Doprawdy, nie wiem dlaczego mi to umknęło. Wiem natomiast, dlaczego lata mi to zupełnie koło pośladka, gdy już jestem poinformowana o zbliżającym się finale. Mianowicie: końca świata nie będzie. A przynajmniej nie za mojego życia. Gdyby świat miał się skończyć 21.12.2012, to znalibyśmy tą datę od swoich narodzin. Nauczano by nas o niej w szkole, zestawiano w jednym rzędzie obok 15.07.1410, potrafilibyśmy odliczać nasz koniec na liczydle, nikt nie pytałby już wróżek o datę śmierci,
a w grudniu 2012r. po Ziemi biegałoby 7 miliardów szaleńców aktywnie wykorzystujących ostatnie chwile życia.

Dlatego powtarzam: końca świata nie będzie! Możecie myć okna. Żyjcie jak dotychczas, kupujcie nowe ubrania, inwestujcie na giełdzie, otwierajcie biznesy, nie spieszcie się z pisaniem pracy magisterskiej. Powiedzcie tylko Ani, żeby codziennych kłopotów nie tłumaczyła sobie zbliżającą się Apokalipsą
i przekażcie, że po Świętach znowu będzie musiała iśc do pracy. ;)


…jest jednak coś, co nie daje mi spokoju.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS