RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2011

2011 w pigułce.

31 gru


Podsumowanie roku
-> życie pokazało, że za każdym razem się z tym ociągam, albo w ogóle do tego nie przystępuję. Zatem… teraz albo wcale ;p.

2011  g e n e r a l n i e  uważam za udany :-)

Podróże:

Pewien lutowy dzień w Warszawie, którego z A. i M. nie zapomnimy. Doświadczyliśmy wtedy wizyty w innej strefie klimatycznej – nie przekraczając granic państwa :D. Było minus dwieście.
Marcowy i kwietniowy Londyn z S. :-) Miałam wrażenie, że to miasto wcale nie cieszy się z naszej wizyty, ale okazało się, że ono tak po prostu ma. Oglądam zdjęcia i tęsknię.
Sierpniowe Międzywodzie. Powiedzmy sobie szczerze – pogoda tam szału nie robiła. Strój kąpielowy założyłam trzy razy.
Sierpniowa Szwecja <3<3<3. Nocowanie w namiocie na Olandii, zadbane miejsca postojowe*, jajecznica robiona na butli gazowej, cudownie sympatyczni Szwedzi,  b e z t r o s k a.
Ubolewam, że w tym roku nie odwiedziłam Norwegii :(

Studia:
Najgorszym miesiącem był chyba czerwiec, kiedy to chodziłam po ścianach i zastanawiałam się, czy mój mózg pomieści opracowania kolejnych tez licencjackich :D
Na początku lipca miałam obronę samej siebie i wyszłam z niej cało. Później dostałam się na drugi stopień i oto jestem. :)

Rodzina:
Na szczęście się nie powiększyła. Nic się nie zmieniło – nadal najlepiej wychodzimy tylko na zdjęciach.

Przyjaciele:

Temat rzeka. Zatruta rzeka.

Praca:
Przyjęli mnie do trzech, ja wzięłam tę najgorszą. Sama też się z niej zwolniłam :P

Pieniądze:

Że co…?

Imprezowanie:
Mogło być lepiej. Bywało lepiej.

Miłość:
Bez zmian ;-)

Sylwestra nienawidzę i to wie chyba każdy, kto mnie zna. Dla mnie to wieczór jak każdy inny, równie dobrze mogłabym tak świętować noc 5.czerwca lub 18.września. Uraz do imprez sylwestrowych mam chyba od liceum, kiedy to organizowało się je w remizach i już w listopadzie należało deklarować swoją obecność. Do tego (w tym samym czasie!) dochodziło: „Asia, a jak się ubierasz? A jaki będziesz miała transport? A pijesz wódkę czy piwo? Jaką wolisz muzykę? Przychodzisz z kimś jeszcze? Krokiety z mięsem czy kapustą? Asia, nie zapłaciłaś jeszcze!” Po co ja mam się tak denerwować – pomyślałam? Od tego czasu im mniej ludzi w moim otoczeniu podczas tego wieczoru – tym lepiej ;D.

Podobno w Nowy Rok nie powinno się wchodzić z długami. Jeśli jestem komuś coś winna, to proszę przemówić w ciągu najbliższych 20 godzin lub zamilknąć na wieki. ;-)

________________________________________________________________
*Jedno z miejsc postoju dla samochodów campingowych w Karehamn na Olandii, gdzie bodajże 17.sierpnia się myliśmy i jedliśmy kanapki z pasztetem i nutellą (:D) zostało ogłoszone przez magazyn Husbil&Husvagn najlepszym miejscem postojowym 2011 roku. Na świecie! Oto proszę bardzo tutaj dowód:

http://www.husbilhusvagn.se/nyheter/karehamn-vinnaren-i-arets-stallplats-2011-1476
 ;-)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kitu!

26 gru

Zdrowie to drzemiąca choroba.

Mojego dziadziusia zawsze będę kojarzyć z czterema rzeczami: stawami z rybkami, kitem, częstowaniem mnie gorzałą przy każdej okazji, oraz tym, że zawsze miał w szafce coś na słodko.
Może słowem o kicie, bo chyba nie każdy wie na jaką dolegliwość ów cudowny lek(!) pomaga. Otóż kit pszczeli pomaga wg. mojego dziadziusia na w s z y s t k o. Jest to podstawowe lekarstwo w jego domowej i samochodowej apteczce.
Kit i jeszcze orzech (wyciąg z liści orzecha włoskiego). Dwa medykamenty, o których słyszę od 22 lat przy każdej okazji, gdy tylko coś mnie boli. Jak byłam młodsza i bolał mnie ząb, to zawsze słyszałam od dziadziusia: „posmaruj se go kitem!” Albo jak miałam zapalenie płuc, to dziadziuś wołał „zaraz ci dam orzecha!” Ale to nie jest tak, że tylko mnie dziadziuś leczył wyprodukowanymi przez siebie lekarstwami! Kit i orzech podawane były babci po operacji kolana oraz przy bólach korzonków, mojemu tacie po wycięciu wyrostka i operacji przepukliny, mojej mamie w czasie grypy, bratu na ból pleców, cioci podczas ciąży, wujkowi na oczy, siostrze na depresję, kuzynkom na złamania, sąsiadce na zatrucia, drugiej cioci na biegunki itd. Mnie będzie pewnie kiedyś podawany na zmarszczki :D. Kit ma szerokie zastosowanie w kręgach, w których obraca się mój dziadek. Nie wierzy on w medycynę akademicką, sam wie jak leczyć ludzi i siebie. Najlepszym tego przykładem był jego krótki pobyt w szpitalu, kilkanaście dni temu. Pewnego dnia mój tata odebrał telefon i oto co usłyszał w słuchawce:
„Karol, bo ja tu już leżę dwa dni i oni mnie w ogóle nie leczą! Jeszcze żem ani jednej tabletki nie dostał,
a wypuścić mnie nie chcą, bom lichy! Przywieź no mi kitu!”
Zrobił więc tata jak mu nakazano i zawiózł dziadkowi kit. Ten wysmarował się nim na całym ciele i wypił pół szklaneczki. W przeciągu dwóch godzin stanął jak nowonarodzony, spakował się i powiedział lekarzom, że się wypisuje. Że on się już sam wyleczył i idzie do domu. Nie zapomniał oczywiście rozprowadzić swojego lekarstwa po szpitalu i obdarował buteleczkami z kitem wszystkich panów z łóżek obok, coby też szybciej wyszli. Taki oto jest szogun z tego mojego dziadziusia.

Albo przedwczoraj – przy stole wigilijnym. Moja babcia wzięła do ręki swoją komórkę i zapuściła mi dźwięk, przez który miałam gęsią skórkę: ni to warczenie, ni to wycie, ni to niedomknięta furtka trzaskająca na wietrze. No odgłos jak z Archiwum X, Mechanicznej Siekiery 3, albo jeszcze czegoś gorszego. „Jak myślisz, Asia, co to za dźwięk?” – pyta babcia. „Nie mam pojęcia!” – mówię. „To ja tak oddychałam kilka dni temu! Spać przez to nie mogłam, bo wydawałam z siebie taki głośny oddech! I pogotowie mnie zabrało!” – odpowiedziała. Ja po tych słowach oczywiście nie zgrzeszyłam ogładą i zaśmiałam się, aż nastała cisza. Dla polepszenia sytuacji dodałam, żeby sobie to ustawiła jako dzwonek smsa :D. Moje komentarze były jednak niczym przy ripoście dziadziusia: „Bo jakbyś se wzięła kitu jakżem ci gadał, to byś spała normalnie i nigdzie by cie nie zabrali!” :D

Myślałam, że to już koniec przygody z dziadkowym lekiem, ale nie. Dziś odbieram telefon:
dziadziuś: Asiaaa, bo tata mówił, że coś ci w szyi strzyknęło! Boli cie jeszcze? Ja bym tu miał dla ciebie lekarstwo!
ja: tak tak, dziadziusiu, ja wiem, dałbyś mi kitu…
dziadziuś: eee, kitu? a gdzie tam kit na szyję! nie kitu!
ja: nie…?!
dziadziuś: orzecha!

Dziadziuś <3

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Choinka, choinka!

24 gru
Stało się już tradycją, że na dwa dni przed Wigilią tata idzie do lasu rąbać sosenkę. 
Po kilku głębszych oczywiście, bo na trzeźwo to mógłby sobie coś odrąbać. Zatem gdy dwa dni temu późnym wieczorem ojciec zniknął gdzieś w swoim najlepszym outficie – roboczej kurtce, gumiakach i czapce nałożonej najbardziej wieśniacko, bo na czubek głowy, nie zakrywając przy tym uszu – wiedzieliśmy, że poszedł robić swoje. Gdy ok 23:30 zapytałam go gdzie ma drzewko, powiedział, że w garażu. Że przyniesie sosenkę jutro, bo wtedy będzie już za późno na ewentualną wymianę. Nikt z nas nie wiedział, co tata ma na myśli, ale jego szyderczy uśmiech mówił jedno: „jutro rąbniecie z wrażenia”. 
Jak się następnego dnia okazało – nie mylił się.
O 09:00 rano obudziły mnie dochodzące z dworu zawołania: „o, jaka piękna choinka! patrzcie wszyscy co żem z lasu przyniósł! patrzcie i podziwiajcie!”. Zaśmiałam się pod nosem, nawet nie wychodząc z łóżka. Dopiero gdy otworzyły się drzwi wejściowe, postanowiłam zejść na dół. W korytarzu stał tata z jakimś badylem, a mama i Edek stali z… otwartymi buziami.
- tato, myślałam, że przestaliśmy palić w piecu drewnem!
- to będzie nasza tegoroczna choinka!
- yyy..no… nie wiemy co powiedzieć…
- trochę ją poprzycinałem tu i tam. i co powiecie?
- n a p r a w d ę  nie wiemy…
- ha, a nie mówiłem, że zrzedną wam miny, hę?
- właściwie to mówiłeś, że rąbniemy z wrażenia, ale ty miałeś na myśli chyba to 
  pozytywne…
- oj tam, nie narzekajcie, chciałem udowodnić, że z czegoś tak brzydkiego można 
  zrobić coś pięknego!
Zaprawdę powiadam Wam – choćby istniały make-upy dla choinek, tej i tak nic by już nie pomogło. Ta sosenka na pewno była ładna w tej fazie swojego życia, w której tata się jeszcze na nią nie natknął. Głównie chodzi o to, że gałęzie z igłami zaczynają jej się dopiero na wysokości mojego biustu, a ona sama jest niewiele wyższa ode mnie. Od dołu jest zatem golusieńka, stoi na wychudzonej, beziglastej nóżce. Przystąpiłam z tatą do ubierania. Ja zajęłam się ozdabianiem gałązek, przy czym igły były tak kłujące, że na wszystkie palce nałożyłam naparstki. Btw. skąd u nas w domu tyle naparstków? Tata zajął się dołem drzewka. Obwinął nóżkę srebrnym łańcuchem. Drewniany hand made stojak pokrył folią spożywczą, dzięki czemu teraz nasza choinka wygląda jak statek kosmiczny. Także tak sobie siedzimy wokół naszej rakiety, nie ryzykujemy podłączania lampek do kontaktu w obawie, że nam wystartuje.
Także… wesołej choinki Wszystkim ;-)
Moc truchleje.
 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Słów kilka o tych najlepszych.

22 gru
 

Podobno tylko raz na milion lat
Tak dzieje się, że ciała dwa
Spadają nagle w siebie – chcą czy nie
I płoną tak kochając się.

 
 
Taki oto muzyczny dzień. 
Najwięcej przez mojego winampa przewinęło się dziś Republiki. Nieprzypadkowo chyba, toć już 10 lat jak Obywatel G.C. zszedł z tego padołu. A szkoda, szkoda, bo mogło być jeszcze lepiej. Podobno o Grzegorzu powiedziano już wszystko, choć nadal nie rozwiązano zagadki utworu „Śmierć w bikini”;p. Zastanawiają mnie natomiast komentarze na rozmaitych forach dotyczące kawałka „Odchodząc”. Że to ballada prawdziwie złamanego serca, piosenka z tego gorszego okresu w jego życiu. No sorry Winnetou, ale złamane serce to mogła mieć żona, którą zdradził z gosposią. Jakkolwiek podziwiam Cię, Grzesiu, za to, że Twoja twórczość skłania mnie do szperania w zakątkach ludzkiej psychiki, tak nie mogę zdzierżyć tego wyskoku. Ale rozdzielmy życie zawodowe od prywatnego. Te kawałki… wielu nadal nie rozumiem. Bo do utworów Republiki trzeba chyba dojrzeć. Ja cały czas to robię. A co jeśli się okaże, że one wcale nie mają być zrozumiane…?
Nadrobiłam zaległości ze szwedzkiej sceny muzycznej. Pobrałam ostatnie albumy Kenta, Lykke Li, Robyn i The Sounds. Nakarmiłam dysk blisko jednym giga. W Szwecji ogłoszono ostatni krążek Lykke Li albumem roku 2011. Faktycznie, jak dotąd to jej majsterszyk. The Sounds nie przeszli samych siebie, nadal uważam, że poprzednia płyta bije na łeb wszystkie inne. Kent…na razie boję się słuchać, mam nadzieję, że nie będzie tam nic depresyjnego ;p. No i Robyn, którą lubuję w takim samym stopniu jak tych poprzednich, ale ją jednak trochę bardziej ;-). W każdym razie jak tylko któreś z nich odwiedzi Polskę – jestem pierwsza na koncercie!
 
 
Nie pytaj mnie 
co ciągle widzę w niej.
Nie pytaj mnie dlaczego w innej nie.
Nie pytaj mnie
dlaczego ciągle chcę
zasypiać i w niej budzić się.
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

To był mój dzień :D

20 gru
 

- cześć D.!
- cześć K.! O, swoją drogą – kiedy zmiana nazwiska?
- a daj mi spokój! W ogóle się do tego nie szykuję. A wręcz oddalam.
- hehe, bo bym się przeszedł popatrzyć na welonik.
- Tyś jest welonik!

 
 
Dziś jest mój dzień^^. 
Zaczął się o 6:30 naelektryzowanymi włosami, których nie wolno mi prostować. Do tego nie znalazłam frotki, więc miałam na głowie choinkę. O 8:00 był niemiecki, więc chyba nie trzeba dużo tłumaczyć… Po zajęciach miałam ambitny plan pojechać do bibliotek. Dwóch. No to wsiadam w tramwajkę i jadę. Jadę i jadę, bo to dość daleko, a tu się okazuje, że po ciul jadę skoro karty do biblioteki zapomniałam. Do dwóch. No to wracam do mieszkania. Karty znalazłam z wielkim trudem obok innych zapomnianych dziś rzeczy. Wyszłam wreszcie z domu. Naprawdę myślałam, że wszystkiego dopilnowałam. Ale nie. Miałam na sobie spódnicę bez rozpierdaka, więc ciężko mi w niej było stawiać duże kroki, a spieszyło mi się nieziemsko. No to jeszcze rundka na górę po spodnie. 
W WC :D w bibliotece wojewódzkiej pomagałam pani przy krwotoku z nosa. Lało jej się niemiłosiernie, więc dla „ułatwienia” sprawy postanowiła się wysmarkać. Wtedy to już myślałam, że cała jej krew obwodowa wyleje się przez te dwie małe dziurki i pani przywdzieje drewnianą jesionkę. Gdym już była wyszła z obu bibliotek, umordowana jak po dniówce w masarni, to przekalkulowałam, że mam do przeczytania jakieś 700 stron więcej, niż podawali w internecie. Wiem już, że internetowi nie można tak ślepo wierzyć. 
Pojechałam do mieszkania na obiad, przy czym rozgotowałam spaghetti, co jest równoznaczne z tym, że obiadu dziś nie było. Czas na wyjście na autobus do Kurdwanowa. Trauma każdego wtorku. Biegnę na dworzec, bo jestem oczywiście spóźniona i moja 179 jest już podstawiona. Przeklinam pod nosem (bardzo głośno), że wszystkie miejsca już zajęte i przyjdzie mi stać całą drogę do tej pipidówy. Wsiadam, kupuję bilet i ruszamy. Jadę, jadę i podziwiam jak to krajobraz się zmienił w ciągu tygodnia, kiedy ostatnio tędy jechałam. No nie do poznania! Że wsiadłam do 129 zamiast 179 uświadomiłam sobie jak zapowiadali Park Wodny. No to se myślę jestem. No i będą to ze mnie ogarnięte dzieci? 
Po drodzę kłócę się przez telefon. 19:00 to za późno na odebranie walizki. Cmoknijcie się wszyscy. 
Na Kurdwanów docieram mocno spóźniona, ale przecież to bez różnicy, Paweł i tak jest zajęty rozkładaniem cyrkla na części pierwsze. Lekcja do połowy mija bez żadnych ekscesów. W czterdziestej minucie czuję, że coś się pali. Intensywnie i obok mnie. Paweł po mistrzowsku opanował technikę rozpalania przedmiotów przy pomocy lampki na biurku. Trzeba było widzieć te płomienie na kserówce otrzymanej od nauczycielki, którą musi wkleić do zeszytu (kartkę, nie nauczycielkę)! Mama tego diabła zareagowała…śmiechem, sam diabeł dostał zadyszki i nie było sensu dalej prowadzić lekcji :D. No trochę patosu, luuudzie!
Wysiadając pod Galerią miałam nadzieję, że dość już na dziś wrażeń. Ale nie! Przechodzę przez pasy na Pawiej, z obu stron jadą tramwaje, więc chcę szybko przebiec. Pani z naprzeciwka ma taki sam pomysł, ale jej się nie udaje… Zahaczyła nogą o tory, przewróciła się jak długa, kefiry, warzywa i wszystko inne z reklamówek pouciakało. A tramwaje JADĄĄĄ! No to się wracam, pomagam, podnoszę i ją i jej zakupy (tramwaje jadą i dzwonią), ona chyba w szoku bo nic nie mówi, ja w szoku, bo stoimy na torach a tramwaje przecież nadal jadą. 
W stanie skrajnego wyczerpania fizycznego, choć bardziej psychicznego docieram do mieszkania i chcę umrzeć.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ja, må han leva!

13 gru
We can live like Jack and Sally. If we want.
Dobrze, że urodziny masz raz w roku. Choć na moje nerwy – to i tak za często. Bo to ile ja się strachu najadłam przed tymi gokartami, to moje. Nie wspomnę już o misternych przygotowaniach, bieganiach za idealnym egzemplarzem Tyrmanda no i poświęcenie niemieckiego na malowanie laurki <3. A filmik? Konia z rzędem dla tego, komu by się udało mnie jeszcze raz do czegoś takiego namówić.
Podpowiem Ci, że ja chciałabym być tak zaskakiwana nie tylko w urodziny. ;p
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I nawet jest tak bardzo znośnie.

06 gru


Nie widziałam Cię już od miesiąca.
I nic. Jestem może bledsza,
Trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,
Lecz widać można żyć bez powietrza.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

.Szał materiału na udzie.

04 gru


- dziewczyny, myślicie, że jest już po północy?
- aśka, jest 4:20…

Domówka retro u W. Każdy z niej coś wyniósł, niektórzy nawet wynosili innych.
Prażynki widziałam dwa razy: jak wchodziły i jak wracały. Także prażynki już nie.
Jeśli kiedyś będę miała pieniądze, to kupię W. drzwi. Do łazienki i wejściowe.
Z zamkami antywłamaniowymi. Nie wiem tylko których potrzebują bardziej :D
Korytarzowe rozmowy.
Zwłoki.
I pamiętam jeszcze, że K. organizował JakąToMelodię z muzyką z filmów. Podobała mi się ta zabawa! Ja zgadywałam z łóżka…

Zwłoki jeszcze dziś, ale przecież kiedyś trzeba, nie?

;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS